Wenecja – kochać czy nienawidzić


Czerwiec 27, 2017

Miasto na wodzie. W nim swoje dzieła tworzyli Giorgione, Tycjan, czy Tintoretto. Było też miejscem akcji „Śmierci w Wenecji” jednego z bardziej znanych filmów, którego prawie nikt nie oglądał. Wyjątkowa pod każdym względem.

Trafiłem do niej przypadkiem, towarzysząc żonie podczas jej podróży służbowej do siedziby MM Lampadari. Moje wyobrażenia o wspólnych rejsach gondolą w tym statystycznie najbardziej romantycznym mieście, zostały rozwiane przez harmonogram spotkania. W efekcie, podczas gdy żona podziwiała proces powstawania włoskich lamp, mnie opętał klamkowy szał.

 

Chodziłem w amoku po mieście, od drzwi do drzwi niczym domokrążca, nie mogąc napatrzeć się na fantastyczne klamki, pochwyty, gałki, kołatki i inne elementy okuć. Setki najróżniejszych wzorów. Od prostych blach, prętów czy kul, po rzeźbione formy imitujące skrzydła czy głowy. Nie rzadko pamiętające początki powstawania miasta. Fakt iż każdy element był niepowtarzalny, powodował u mnie apetyt na zwiedzanie kolejnych zaułków.

 

Na wąskich korytarzach pomiędzy kamienicami, z dala od turystycznych alejek, panowały znakomite warunki do zwiedzania. Po południu zaczęło padać. Nie zraziło mnie to i po spożyciu pizzy i naładowaniu akumulatorów w aparacie, poszedłem dalej eksplorować miasto. Gdy pada, Wenecja jest równie piękna. Tym razem obrałem kierunek do dzielnicy z ekskluzywnymi butikami. Deszcz dość skutecznie odstraszył turystów, dzięki czemu zwiedzanie nabrało zupełnie innego charakteru. Poświaty z eleganckich witryn odbijały się w mokrym bruku. Szedłem dalej i podziwiałem kolejne, tym razem już współczesne uchwyty w drzwiach lokali. Byłem pod nie słabnącym wrażeniem ich formy i jakości wykonania. Nadal można było spotkać lekkie klamki i masywne, zdobione tarcze. Był też pochwyt w kształcie szlifowanego diamentu, wykonany z bryły szkła o wielkości piłki do koszykówki.

 

 

Chodziłem między witrynami znanych marek i zachwycałem się pomysłowością projektantów w urządzaniu ekspozycji. Co chwilę podchodziłem jednak do coraz to ciekawszych okuć aby je sfotografować. Wyglądałem trochę jak złodziej, robiący zdjęcia do zaplanowania większego skoku. Zdałem sobie z tego sprawę dopiero wtedy, jak napotkałem wzrok pilnującego ulicę „carabinieri”. Osobiście nie polecam nikomu. Gość dwa razy szerszy ode mnie i wyższy o głowę, o wyglądzie lekko zdenerwowanego połączenia Balotelliego z Tysonem. Miał chyba lepszy dzień, uszedłem z życiem i oddaliłem się czym prędzej. Była chwila po północy jak znalazłem się w odległej części miasta. Nocna Wenecja rządzi się zupełnie innymi prawami. Często nie widać gdzie kończy się chodnik i łatwo wpaść w kanał. Poza tym miasto nabiera niesamowitego klimatu dzięki architekturze kształtowanej przez subtelne oświetlenie. Jak to wieczór wcześniej stwierdziła moja żona – Wenecja to nie miasto, tylko żyjąca własnym życiem scenografia teatralna. W pełni się zgadzam. W końcu z pewną niechęcią wróciłem do hotelu na krótką drzemkę.

 

 

Trzy godziny w zupełności wystarczyły i z samego rana poszedłem zobaczyć jak Wenecja budzi się do życia. Wczorajsza pochmurna i deszczowa pogoda ustąpiła słońcu, a tym samym zachęciła do spacerów. Nagle pojawiło się całe mnóstwo turystów i magia spokoju i odosobnienia prysła. Było to o tyle dobre, że z mniejszym żalem przyszło mi się rozstawać z tym niezwykłym miastem. Pozostało już tylko spotkać się z drugą połówką, wpaść na szybkie odwiedziny do Tycjana i wreszcie wsiąść do autobusu jadącego na lotnisko by z pełną głową i niemal tysiącem inspirujących fotografii opuścić to pływające miasto.

 

Ps Statystycznie najbardziej romantyczne miasto wyobrażałem sobie inaczej. Zamiast rejsu gondolą razem z żoną, miałem romans z samą Wenecją. Tym samym odpowiedź na pytanie – kochać czy nienawidzić jest oczywista. Mam nadzieję że wkrótce znów ją zobaczę.